Każda kobieta, z którą pracuję, nosi w sobie jakąś historię relacji z jedzeniem. Przeważnie dominują elementy walki z ciałem, kontroli apetytu, nielubienia siebie i próby zmiany swoich nawyków za wszelką cenę.
Dzisiaj opowiem Ci historię Kingi – o tym, jak niewinne dziecięce przyzwyczajenia mogą przerodzić się w bolesną pułapkę kontroli i jak powoli można zacząć z niej wychodzić.
Rozgość się – może znajdziesz w tej historii kawałek siebie.
Jedzenie jako akt miłości i bezpieczeństwa
W dzieciństwie jedzenie dla Kingi było czymś więcej niż zaspokajaniem głodu. Było wyrazem troski, czułości i rodzinnego ciepła.
Każdy talerz babcinych naleśników był zaproszeniem do miłości. Jedzenie było stałym punktem dnia, czymś pewnym i kojącym.
Ale gdzieś w tle pojawiały się pierwsze sygnały, że relacja z jedzeniem nie jest całkiem zdrowa: przejadanie się, nocne podjadanie, traktowanie jedzenia jako sposobu na regulowanie emocji.
Pierwsze kompleksy i pierwsza dieta
Już w szkole Kinga zauważyła, że różni się od innych dziewczynek. Była wyższa, silniejsza, a w oczach rówieśników mniej „delikatna”.
Komentarze o wyglądzie padały niby przypadkiem, niby w żartach – ale zostawiły trwały ślad.
Wtedy pojawiła się pierwsza próba zmiany: dieta Dukana.
Restrykcje, wyczekiwanie na posiłki, kontrolowanie każdego kęsa – wszystko w wieku, w którym powinno się beztrosko bawić, a nie walczyć o „lepszą” wersję siebie.
Życie podporządkowane zegarkowi
W gimnazjum rytm dnia Kingi był wyznaczany przez zegarek. Śniadanie o 7:00, drugie śniadanie o 10:00, obiad o 13:00…
Nie chodziło już o głód.
Nie chodziło też o sytość.
Chodziło o system, którego trzeba było przestrzegać.
Jeśli również czujesz, że Twoje jedzenie od dawna przypomina “system”, do którego musisz się podporządkować jak robot – zrób pierwszy krok w kierunku dopasowania jedzenia DO siebie (a nie na odwrót).

Obsesyjna kontrola i utrata radości
W liceum kontrola nad jedzeniem stała się niemal totalna.
Każdy posiłek był ważony, odmierzany co do grama.
Siłownia stała się obowiązkowym punktem każdego dnia.
Makroskładniki rządziły wyborem jedzenia bardziej niż apetyt czy potrzeby organizmu.
Codzienność ograniczyła się do schematu: trening, ważenie jedzenia, przestrzeganie restrykcji.
Radość z jedzenia? Zniknęła.
Spontaniczność? Została zamieniona na tabele i wykresy.
Emocjonalne jedzenie i pierwszy związek
Pierwsza poważna relacja uczuciowa przyniosła ze sobą dużo emocji – niestety, w dużej mierze trudnych.
Zazdrość, niepewność, lęk.
Cisza po kłótni skutkowała zamknięciem w sobie i odrzuceniem jedzenia.
Pojednanie prowadziło do kompulsywnego objadania się.
Jedzenie stało się mechanizmem regulacji emocji, próbą ukoić to, czego nie dało się wtedy wyrazić słowami.
Błędne koło cheat day’ów
Dni pełne restrykcji przeplatały się z dniami niekontrolowanego objadania się.
Frytki, lody, czekoladowe naleśniki – wszystko to, czego brakowało przez cały tydzień, nagle wchodziło w nadmiarze.A potem przychodziły wyrzuty sumienia.
Obietnice poprawy. I nowe restrykcje. I tak w kółko.



